Dzień z pracy w USA. Choroba morska i bitwa na spryskiwacze

 

Dzień z pracy w USA, czyli moje wspomnienia z pracy w Stanach Zjednoczonych. Każdy dzień niósł coś nowego. Oczywiście, często dni w pracy były bardzo intensywne i męczące. Jednak dla równowagi zdarzały się takie, których nigdy nie zapomnę. Przeczytajcie o tym jak odwiedziłam kokpit kapitana, poznałam jamajskich muzyków, grałam w monopoly przez większość zmiany oraz jak bardzo przydały mi się pigułki na chorobę morską.

Praca na promach z Hyannis na wyspę Nantucket – nie miałam innego wyboru i musiałam przyjąć tą ofertę, bo taka była polityka organizacji, z którą wyjechałam na program work & travel. Na początku byłam przerażona faktem, że spędzę trzy miesiące na wodzie. Wiedziałam, że mam chorobę morską odkąd przeżyłam sztorm na promie z Dover do Calais. Pocieszałam się faktem, że jadę w cudowne miejsce. Praca na statku dawała mi możliwość codziennego podziwiania brzegu wyspy Nantucket i była też czymś, czego bym pewnie nigdy nie doświadczyła w Polsce. W końcu wakacyjna praca na wodzie jest o wiele ciekawsza niż taka na stałym lądzie.

Zależnie od tego, czy podczas danej zmiany pracowałam na szybkim czy wolnym promie, dziennie robiłam od 2 do 6 rejsów. Upływający czas pracy mierzyliśmy względem tego, czy dobijamy do brzegu. W sumie spędziłam mnóstwo godzin na wodzie. Byłam bardzo zadowolona z rodzaju pracy, miałam okazję przebywać w towarzystwie Amerykanów. Przez cały okres pracy chodziłam w za dużej koszuli w latarnie morskie Cape Cod. Co zabawne, klienci ciągle komplementowali nasze uniformy i dopytywali gdzie mogą kupić takie wakacyjne koszule. Za to my niespecjalnie przepadaliśmy za naszymi strojami 😉

dzień z pracy w USA work and travel

Choroba morska

Niestety dość szybko było mi dane przekonać się, że będą i takie zmiany kiedy dopadnie mnie choroba morska. Wydaje mi się, że byłam niezłym pechowcem jeśli chodzi o warunki pogodowe i moje dni pracy. Akurat w te najgorsze dni, to mi trafiało się pracować na najszybszym statku. Dobrze, że od razu zaopatrzyłam się w tabletki przeciw chorobie lokomocyjnej, jednak nie zawsze da się przewidzieć, że będzie mocno bujać.

Chyba najgorsze dni to te, kiedy pływaliśmy po mimo usterki, która przyczyniała się do problemów z balansem promu. Dodając do tego wiatr i duże fale, mieliśmy idealny przepis na zbiorową chorobę morską. I tak oto, dziwnym trafem to ja musiałam pracować w jeden z najgorszych dni w historii bujania! Załoga pokładowa wydała nakaz, by pasażerowie nie opuszczali miejsc, gdyż było trudno utrzymać się na nogach. Wyobraźcie sobie, jak w takich warunkach wyglądała moja praca. Zdarzali się pasażerowie, którzy mimo wyraźnego komunikatu ze strony kapitana, wstawali z miejsc i szli coś sobie zamówić. Nalewanie napojów i podawanie ciepłego jedzenia było trudnym zadaniem, szczególnie kiedy idąc z zamówieniem w ręku siła fal przerzuca cię na drugą stronę barku. Tego dnia wyjątkowo dużo pasażerów wymiotowało. Jeden pan pożyczył nawet wiadro do mycia pokładu od załogi, bo jego córka aż tak źle się czuła. Ojcowie w pośpiechu podbiegali do naszego stoiska po plastikowe torebki. Podczas takich rejsów, większość dzieci płakało ze strachu, że statek się przewróci. Szczerze mówiąc, też miewałam takie myśli, widząc stopień nachylenia statku.

Była też jedna pani, której nigdy nie zapomnę. Obsługiwałam ją, zamówiła podwójnego drinka z sokiem, by się rozluźnić. Zaskoczył mnie jej wzrost, jej głowa normalnych rozmiarów ledwo wystawała ponad ladę. Stwierdziłam, że musiała być bardzo niziutka. Po chwili zauważyłam, że towarzyszy jej jeden z pracowników promu i trzyma ją za rękę. Jakie było moje zdziwienie, gdy odwróciłam się, a pani nagle przemieniła się w osobę normalnego wzrostu i sączyła drinka przy barze. Okazało się, że była śmiertelnie przerażona sytuacją na statku i panicznie bała się wypadku. Dlatego zdecydowała się chodzić po statku na czworakach, a zamawiając alkohol ukucnęła na kolanach. W normalnej sytuacji, pewnie zachowywałabym się tak jak ona, ale wzięłam lek, który trochę mnie odprężył i ogłupił.

Spotkanie z Jamajczykami

Jedna z moich koleżanek z pracy pochodziła z Jamajki, ale od lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych. Gdy pewnego razu na pokładzie byli z nami jamajscy muzycy wracający z koncertu na Nantucket, okazało się że koleżanka ich zna. Powiedziała nam, że możemy iść z nimi porozmawiać i zrobić sobie zdjęcia. Wystawiłyśmy znak „zaraz wracam” na barku i poszłyśmy na górne piętro statku. Spodobały się im nasze uniformy 😉 Rozmawialiśmy, a ich fotograf nagrywał filmiki i robił nam zdjęcia.
Później, mieliśmy jeszcze jedną sesję. To był szalony dzień! Nadal mam trudności ze zrozumieniem akcentu Jamajczyków, ale za jednej ze zmian przekonałam się, że nawet Amerykanie mają z tym trudności.

Wizyta w kokpicie

Innego dnia nasza Jamajska koleżanka zdziwiła się, że jeszcze nie byłyśmy w kokpicie kapitana. Odparłyśmy, że myślałyśmy że jest to zabronione. Tego samego dnia, zabrała nas do kapitana, który pozwolił naszej czwórce pobyć w kokpicie i zrobić sobie zdjęcia. Mogłyśmy też usiąść na krześle nawigatora i patrzeć przez lornetki w poszukiwaniu brzegu lądu.

dzień z pracy w USA work and travel

Rozrywka zamiast pracy

Czasami trafiały się zmiany (11h), na których było 4-5 osób, a klientów prawie w ogóle. W takie dni zajmowaliśmy nasz ulubiony stolik przy oknie i albo się relaksowaliśmy, albo graliśmy w karty lub monopoly. Czas leciał szybciej i praca od razu stawała się przyjemniejsza 🙂
Pamiętam też zmianę, która była chyba jedną z najśmieszniejszych. Jedenaście godzin na statku z dwoma kolegami, pracy mało, a do głowy przychodziły nam różne pomysły. Skończyło się na bitwie na spryskiwacze z wodą do precli – biegaliśmy po promie bawiąc się w ‚mokry paintball’.

Program work & travel to naprawdę świetna przygoda, jeśli tylko uda Wam się trafić w dobre miejsce i na uczciwego pracodawcę. Zachęcam do przeczytania poprzednich wpisów na ten temat Czy warto wyjechać na Work & Travel oraz
Podstawowe informacje o programie.